04 grudzień 2018
Jest coś w mojej naturze, że nie bywam szczęśliwa bez smutku. Melancholia towarzyszy mi odkąd pamiętam. I lubię ten stan. Bardzo lubię. Smutek sprawia, że doceniam radość. Łzy sprawiają, że po nieprzespanej nocy poranek wydaje się czystszy. Im jestem starsza tym bardziej lubię swoje towarzystwo, stan w którym bez żenady spędzam ze sobą wieczór, robiąc to co sprawia mi przyjemność. Ma to swoje plusy i minusy. Bo coraz częściej wydaje mi się, że ludzie nie są mi potrzebni. Czasem myślę, że jestem dość dysfunkcyjna i aspołeczna. Z drugiej strony te 10 dni w miesiącu spędzam w towarzystwie znajomych, klientów, czy fotografów. Trudno mi jednak dbać o relacje z ludźmi. Chyba nazbyt ich nie pielęgnuję.
Był kiedyś w moim życiu przez wiele lat facet, wszyscy mówiliśmy na niego Długi. Miał coś koło 190 cm i był tak chudy, że niemalże mieścił się w przerwach między płotem, kiedy uciekaliśmy przed policją goniącą nas za picie wina w miejscu publicznym.
Poznałam go kiedy właściwie kolejny raz uciekałam przed samą sobą. Miałam 20 parę lat, za sobą dwa narzeczeństwa (a teraz mam 30 parę, więc wyobraźcie sobie, ile jeszcze do tego czasu pierścionków zaliczyłam) i zaczynałam znów od nowa -sama i w obcym mieście. Sprzedałam firmę, wynajęłam mieszkanie w starej części miasta i nie miałam pomysłu co dalej. Pamiętam, że było lato, gorące lato. Zwiedzać nie było raczej czego, bo owa dzielnica znana była jedynie z mało ambitnej i nie pracującej starszej młodzieży, domów, w których jedyne co się przelewało to alkohol i ludzi, którzy innego życia nie znali. Nie do końca zdawałam sobie sprawę gdzie utknęłam.
Ale wyjść z domu było trzeba, choćby do sklepu. Za sklepem znajdowała się stara szkoła i przynależące do niej boisko. I stół do tenisa stołowego. Jako, że 11 lat zawodowo grałam w koszykówkę, a nocne zmiany na służbie u ojca pozwoliły mi nauczyć się grać w “pingla”, widok czegoś co przypominało kawałek sportowego świata napawał mnie wtedy optymizmem.
I tam pierwszy raz go zobaczyłam. Stał z grupką facetów miedzy 20 a 30 rokiem życia przy stole, czekając z puszką piwa na swoją kolej do gry. Ten dzień skończył się absolutnie pozytywnie, ograłam panów, wypiłam z nimi ohydne piwo i zyskałam szacun na dzielnicy. A w jego oczach pierwsze symptomy sympatii. Przychodziłam tam codziennie, zdobywając ich zaufanie i przychylność. Byłam chyba jedyną kobietą, przy której nie szeptali..Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że to iż przynoszę im czteropak i mogą popatrzeć w czasie gry na mój dekolt ułatwiało mi nieco sprawę, ale i tak byłam zadowolona, że zaczęłam przynależeć do “paczki”.
Długi rozprzestrzenił nade mną parasol ochronny, nikt nie mógł powiedzieć ani nawet pomyśleć czegoś głupiego na mój temat. Lato wydawało się bardzo długie, a my korzystaliśmy z jego uroków. Widywaliśmy się codziennie, nasze światy przenikały się wzajemnie, a ja nigdy wcześniej nie sądziłam, że ognisko w lesie czy zwykły grill nad wodą sprawią mi tyle radości. Wino pite na przystanku autobusowym z gwinta, które nie kosztowało więcej niż 10 zł, nigdy wcześniej ani nigdy już potem nie smakowało tak samo..Ten chłopak kompletnie z innego świata, w podartych spodniach, bluzie z kapturem stał się moim najlepszym przyjacielem. Bywałam gościem w jego domu i słuchałam opowieści jego babci przy racuchach z jabłkami, które 10 minut wcześniej zwędziliśmy z jabłoni sąsiada. Pamiętam, że patrzył na mnie zawsze jak na zjawisko. Przytulał kiedy było trzeba. Ostatnie pieniądze wydawał na pizze ze mną.
A ja byłam kiedy zimą po pijaku zasypiał w rowach, kiedy ktoś katował go na ulicy, albo kiedy szukała go policja. Albo wtedy kiedy obrywał w twarz od ojca..apodyktyka, który nie znosił sprzeciwu i którego jak sądzę, Długi nienawidził, ale bardzo się bał..Byłam jedyną dziewczyną w grupie 5-6 trzymających się ze sobą chłopaków, ale On zawsze był dumny, że to z nim przyjaźnię się najbardziej. Ten okres mojego życia pokazał mi niezliczone ilości agresji, narkotyków i alkoholu, ale żaden z nich nigdy nie nalegał bym czegokolwiek spróbowała. Myślę, że to też powodowało, że patrzyli na mnie z szacunkiem. Długi był przez te kilka lat do czasu wyprowadzki do Warszawy właściwie moją rodziną. Spędzaliśmy razem święta, sylwestra, urodziny..Latem jeździliśmy nad zalewy, a zimą pokazywał mi jak jego stary, zdezelowany samochód na gaz ślizga się po śniegu. W jego życiu nigdy nie pojawiła się żadna dziewczyna, na początku nawet tego nie dostrzegałam, potem chyba nie chciałam widzieć. Nigdy nie dawał mi do zrozumienia, że cierpi, bo forma jaką obraliśmy jest dla niego swoistą torturą.
Pamiętam, że kiedy wyprowadzałam się do Warszawy właściwie się nie żegnaliśmy, oczywistym było, że utrzymamy kontakt. I choć już wtedy wiedziałam, że on przez te wszystkie lata podkochiwał się we mnie, egoistycznie nie mogłam wyobrazić sobie życia bez tego chłopaka.
Warszawa pochłonęła mnie bez reszty. Zakochałam się, założyłam rodzinę, a nasz telefoniczny kontakt był coraz bardziej sporadyczny. Długi jeszcze więcej pił, wdawał się w beznadziejne romanse z mężatkami, a ja czułam, że ma żal, że go zostawiłam.
W końcu po kilku latach nadarzyła się okazja spotkania w Warszawie. Był przejazdem, okazało się, że zdobył niezłą pracę, adoptował psa i wynajął dom gdzieś na wsi, z dala od swoich “kolegów”. Przestał też pić, tylko piwko, ale jak sam twierdził to nie alkohol. Nadal był tym samym chudym łobuzem, choć już po trzydziestce. I nadal był moim przyjacielem.
To było niestety nasze ostatnie spotkanie..
Dlaczego przypomniał mi się akurat dziś? Nie mam zielonego pojęcia, ale może dlatego, że wtedy, kiedyś tam nie byłam chyba ani razu smutna..Długi nie był po studiach, nie miał pieniędzy, ładnych ciuchów i kompletnie nie miał pomysłu na życie. Ale był moim najlepszym wspomnieniem z tamtych lat…
Marcina, autora poniższych zdjęć znam długo. Przyjechał kiedyś do mnie na jeden z pierwszych plenerów fotograficznych, jakie wtedy organizowałam. Młody i pełen zapału. Powiedzmy sobie szczerze, nie powalał mnie wtedy fotograficznie, więc na nasze wspólne pierwsze kadry musiał trochę poczekać. W międzyczasie zdążył się ożenić z piękną kobietą, wyjechał z kraju i zrobił ogromny progres. Bardzo lubię obserwować kiedy ludzie nie marnują swojego talentu. Marcin nie dość, że nie zmarnował, to jeszcze okazał się dość wymagający i konkretny, co bardzo lubię. Praca z nim to kilka godzin śmiechu i dobrych kadrów z kompromisem. Takich jego, kobiecych i dość subtelnych i takich moich, tych z pazurem. Aż dziw, że można było to uzyskać na jednej sesji i w jednej przestrzeni.
Jako, że powyższy tekst zmoczył mi nieco klawiaturę, dziś  skromniej o samym autorze, ale zdjęć finalnie pokaże Wam dużo, one mówią więcej niż słowa..Fotografował:
Marcin Woliński
źródło i więcej zdjęć : ONA